Greta – Miłość z kartonu

Każdy z nas chce być najważniejszy dla kogoś i kogoś kochać. To chyba jedne z największych pragnień.

Koleżanka ze studiów zawsze mówiła, że nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie spotkamy swoje szczęście. Nie brała chyba jednak pod uwagę, że miłość, to uczucie którym można obdarzyć także inne istoty -poza naszą drugą połówką.

Moje życie, to życie w którym zawsze obecne były zwierzęta, szczególnie psy, ale przyszedł czas gdy nie mogłam pozwolić sobie (ze względu na tryb życia) na ich posiadanie, choćby w pojedynczej liczbie. Biłam się z myślami i coraz częściej myślałam o przygarnięciu bezdomnego kota.

Wiele było propozycji, wielu chciałam dać dom, ale zawsze coś stało na przeszkodzie, tak jakbym musiała zaczekać na odpowiedni czas i właściwe stworzenie dla siebie. Wreszcie los sam ponaglił, sam sprowokował i nadał bieg zdarzeniom.

W czerwcu 2016 roku, Pionkowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami otrzymało zgłoszenie o zostawionej koteczce wraz z dwoma malutkimi kociakami.

Cała trójka spakowana była w karton i porzucona na parkingu pod Lidlem , między autami.

Początkowo brałam pod uwagę adopcję jednego z maluchów.

Myślałam, że może lepiej tak od początku przyzwyczajać go do siebie i do życia w mieszkaniu bez wychodzenia na zewnątrz (poza zabezpieczonym balkonem oczywiście).

Bałam się nawyków dorosłego kota, jego ewentualnych przeżyć, charakteru, itd.

Moje wątpliwości zniknęły gdy poznałam kocią mamę.

I choć maluchy były: i piękne, i słodkie, i zabawne, to posłuchałam serca oraz koleżanek.

Zdecydowałam się na nią – na Gretę (bo tak ją od razu nazwałam).

Przyjeżdżałam do niej z Radomia dwa razy w tygodniu. Chciałam żeby mnie poznawała, nabierała zaufania i wiedziała, że nic złego jej nie zrobię.

Greta przeżyła ogromny stres po porzuceniu i pomimo strachu nie uciekła z kartonu, nie zostawiła swoich dzieci, trwała przy nich cały czas. Zapłaciła za te nerwy utratą pokarmu, późniejszym zapaleniem gruczołów mlecznych (miała ogromne twarde guzy), które trzeba było leczyć antybiotykami. Wszystko jednak wróciło do normy.

Był jednak jeszcze niepokojący objaw zewnętrzny – miała na lewym boku widoczną gulę. Braliśmy pod uwagę, że może ktoś ją kopnął, żeby nie próbowała iść za swoim „opiekunem” i że w miejscu urazu zrobił się krwiak, który z czasem powinien się wchłonąć.

Niestety zmiana nie zmniejszała się.

Po wyadoptowaniu dzieci zabrałam Gretę do domu, jak się okazało akurat zaczęła się ruja i nasze pierwsze dwa tygodnie stały się niezłą próbą sił ☺ Był to jeden, wielki koszmar naznaczony wrzaskami od 21:00 do 6:00 – jak w zegarku, a do pracy jedna z nas musiała chodzić i jeszcze myśleć.

Spać nad klawiaturą nie miałam szansy.

Ale co tam: co nas nie zabije, to nas wzmocni i po zakończeniu szaleństwa hormonów, wielu próbach wydostania się Grety na dwór do adoratorów, po zakończeniu leczenia antybiotykami, przyszedł czas na sterylkę i biopsję ze wspomnianej zmiany na ciele.

Wszystko wskazywało na zwykłą torbiel i podjęłam decyzję o operacji za kilka miesięcy, dopiero jak porządnie Gretusia odpocznie i dojdzie do siebie po narkozie i operacji.

W lutym 2017 przeprowadzona została operacja, która nie zapowiadała się ani zbyt długą, ani na zbyt skomplikowaną. Po pierwszych nacięciach Michał Potera oraz Ola Piechocka z lecznicy PluSVet w Pionkach (wujek i ciocia Grety) już wiedzieli, że łatwo nie będzie. Zwykła torbiel okazała się być przepukliną wylewającą się z jamy brzusznej na żebra.

Dodatkowo do tej zmiany przyklejona była śledziona, a operacja potwierdziła przebyty uraz – Greta ma pękniętą przeponę.

Musiała solidnie oberwać, ale zapewne przed urodzeniem dzieci. Kiedy o tym pomyślę, to ciarki chodzą mi po ciele. Jak można tak okaleczyć stworzenie, ile bólu, cierpienia, strachu przeszła w swoim krótkim życiu. Ona ma dopiero dwa lata, a zebrała takie przykre doświadczenia i wcale nie jest ich tak mało.

W kwietniu kolejne badania. Tym razem znalazłam guzek i oby był to zwykły zrost, bo jak mówi wujek Grety, doktor Michał: Monika, nie masz pojęcia jak ona jest pozszywana w środku. To co widzisz na zewnątrz, to tylko szew na skórze, ale wewnątrz wiem gdzie i co robiłem.

Także czekam cierpliwie na badanie, choć boję się bardzo o to moje kudłate, czworonożne dziecko z ogonem ☺

Każdy dzień, to pewne rytuały, każdy z nich niby podobny a jednak inny, ale w każdym z nich mogłam i mogę patrzeć na to moje kocie cudo bez przerwy.

Ma cudny okrągły pyszczek, oczka jak pięć złotych (no może jak dwa złote), jest fisiem i cudakiem, czasem gryzie, czasem drapie (to już faza furii gdy doprowadzę ją do szału podczas przekomarzania się), zwykle się przytula i daje się głaskać.

Jest fantastyczna i bardzo się cieszę, że zaufałam sobie i dałam jej dom.

Nie pamiętam już jak to było w domu bez niej.

Patrząc z perspektywy czasu i poprzez pryzmat wspomnień kotów, które chciałam przygarnąć, spotkanie Grety musiało być czymś na kształt przeznaczenia i odpowiedniego momentu. Teraz wiem, że to jest idealny kot dla mnie. Mam nadzieję, że jestem odpowiednią Rodziną dla Grety.

Ktoś powie: powaliło Cię kobieto, dziecko by Ci się przydało, uczucia na zwierzęta przelewasz!

Może i tak, może i nie. Zawsze kochałam zwierzaki, zawsze m pomagałam, zawsze dokarmiałam, od lat działam na ich rzecz i … TAK, są dla mnie Członkami Mojej Rodziny, są pomimo wad (które ja przecież także posiadam) super kochanymi, wdzięcznymi i oddanymi przyjaciółmi, którzy nie mówią w moim języku, ale doskonale się rozumiemy.

Co z tego, że od lipca 2016 roku nie przespałam jednej nocy spokojnie, bo moja kicia okazuje mi swoją matczyną miłość próbując myć mi czoło i głowę co noc, co z tego że miauczy namolnie gdy próbuje coś wymusić (szczególnie jedzenie), co z tego że bawi się po swojemu, że funkcjonuje inaczej niż ja, dla mnie jest CUDEM i ma miejsce w moim sercu na zawsze, a co najważniejsze nie dam jej nikomu skrzywdzić.

Monika Glińska
wolontariusz PTOnZ

Post Author: Zwierzęta do Adopcji