Bela… suczka marzenie, matka nad matkami, życie ponad śmiercią. Adoptowana ;-)

Głód, strach, śmierć i walka o przetrwanie, to była codzienność dla suczki, która na jednej z wsi w gminie Pionki, znalazła schronienie w rozpadającej się szopie.

Była zima, ta jej mroźna część, gdy przyszły na świat maluchy. Na początku wystarczał pokarm matki, a także ciepło jej ciała. Jednakże szczeniaczki szybko rosły, a ich potrzeby stawały się coraz większe.

Suczkę zauważyła jedna z mieszkanek wsi i zawiadomiła PTOnZ.

Gdy po otrzymaniu zgłoszenia Elżbieta Fliszkiewicz dotarła na miejsce, zastała matkę i trójkę jej dzieci. Wszystko wskazywało na to, iż psia rodzinka była w komplecie.

Ela przyzwyczajała sunię do siebie, mówiła do niej, woziła jedzenie dla niej i maluchów, przyglądała się jak sunia traktuje swoje dzieci, jak sobie radzi. Tak zaprzyjaźniała się każdego dnia, aż do zupełnej akceptacji przez suczkę. Dzielna i ufna mama dostała na imię Bela. Kiedy nastąpił dzień,  w którym Ela mogła swobodnie podchodzić do suczki, głaskać ją i jej maleństwa, zaczęła się rozglądać po terenie, który Bela wybrała na swój prowizoryczny dom.

Rzeczywistość zaskoczyła swym gorszym, dramatycznym obliczem. Okazało się bowiem, że Bela urodziła nie trójkę, a szóstkę szczeniąt. Niestety połowę swoich dzieci straciła – leżały martwe w szopie…  

 

Życie przeplata radości i przykrości, miesza śmiech ze łzami i tak było właśnie w tym przypadku. Serce rwało się do nieba ze szczęścia, że suczka obłaskawiła zaufaniem, że będzie można ją i jej dzieci spokojnie zabrać w bezpieczne miejsce, a w chwilę później to samo serce krwawiło już z rozpaczy, że nie udało się dotrzeć wcześniej, że wiadomość o suni z małymi przyszła o kilka dni za późno. Może gdyby nadeszła kilka chwil szybciej, to może cała szóstka by żyła…. Tego się już nie dowiemy, a błędne koło wątpliwości i bólu prowadziło donikąd.

Jedyne co pozostało, to ratowanie żyjących – na płacz po martwych czas przyszedł później, po zabezpieczeniu przyszłości Beli i trójki jej dzieci.

 

 

Domy dla szczeniaczków znalazła nieoceniona Łucja Lenartowicz z Warszawy. Wielki dług wdzięczności mamy wobec niej.

Kolejne tygodnie, to czas przebywania Beli w lecznicy PlusVet pod okiem lekarzy i wolontariuszy. Sunia została wysterylizowana, zaszczepiona, odrobaczona, odpchlona i zażywała codziennie spacerów dzięki pomocy wolontariatu.

Okazała się być cudowną, posłuszną, grzeczną i cierpliwą suczką. Nabrała ciałka, sierść zrobiła się miękka i błyszcząca, oczy nabrały blasku, pewność siebie wzrosła i tak mijały kolejne dni.

 

 

Niby wszystko było okay, niby w porządku bo przecież i opieka, i dach nad głową, i jedzenie na czas, a jednak to wszystko na dłuższą metę nie dawało szczęścia. Życie w lecznicowej klatce dla zdrowego, pełnego energii i bardzo uczuciowego psa, to zbyt mało.  

Dwoiliśmy się i troiliśmy w poszukiwaniu domu. Jeden nawet był niemal na wyciągnięcie ręki, ale niestety teść mojej koleżanki ostatecznie odmówił pomocy dla Beli. Bardzo to było przykre, ale jeśli miała mu przeszkadzać lub być przyczynkiem rodzinnych waśni, to lepiej że została z nami.

Pisaliśmy o Beli w coraz to nowych odsłonach, aby pokazać jej zalety, szczerze i bez koloryzowania, ale to też nie pomagało.

Nadszedł dzień, w którym dotarły do nas złe wiadomości. Bela miał zostać wywieziona z lecznicy do schroniska w Puławach. Serca nam zadrżały, panika nakręcała nas do jeszcze bardziej wzmożonych apeli o dom dla suczki.

Bardzo chcieliśmy uchronić ją przed anonimowością, przed zostaniem numerem X, który zamieszka w towarzystwie psów o różnym temperamencie, gdzie wśród masy zagubi swoją socjalizację z człowiekiem. Uratowaliśmy ją i byliśmy za nią odpowiedzialni, nie wolno było nam zawieść Beli.

I nastał ten jasny dzień, tak jak po burzy wstaje słońce, po nocy dzień, a smutku radość. Tak, tak… Nasza wspaniała, mądra i cierpliwa sunia otrzymała uśmiech od losu. Zasłużyła na swoje szczęście i dobre życie.

Bela życzymy Ci, aby każdy kolejny dzień zacierał złe wspomnienia, aby przynosił radość i przyjemność z przebywania w ludzkim stadzie.

Trzymamy mocno kciuki i nigdy Cię nie zapomnimy.

 

Monika Glińska

Wolontariusz PTOnZ

Post Author: Agnieszka Piksa